Eric McBet - Zabookowany

Bibliofil, fantasta, marzyciel, gimbus, fan Pratchetta i "Gry o Tron". Zafascynowany polską sceną YT oraz poezją. Niewyżyty poeta i pisarz. Rozpoczął jakieś 5 powieści - nie skończył ani jednej.

"Trzy pary skrzydeł serafinowych, ogromnych-setkometrowych z pleców mu wyrosło. Zatrzepotał nimi monofazowo. Ulepił z zaczerpniętych z innych przestrzeni gazów (tlenu, amoniaku, helu) Zweihändera wielkiego i zamachnął sięń nim potężnie na Iwaszkiewiczego. Połykacz Słońc miał już jednak w rękach kamę i pałkę szklanę, wypełnione ciekłym jądrem gwiezdnym. Zatrzymał więc cios Maksyma, jednocześnie przepalając na trzy części brzeszczot dwuręcznego miecza. Rozwścieczony do białości Obieżywszechświat wpadł w Pavaela i przerzucił goń razem z sobą do innej rzeczywistości, ryzykując gniew Bóstw tamtejszych i sił Absolutnych."

Wiktor Ruszkiewicz “Starcie ultymatywne”, z “Nowa Fantastyka” nr 7/2014

Wojna w blasku dnia. Księga I - Peter V. Brett

Co nieco o klasyce, czyli moje spojrzenie na "Buszującego w zbożu"

Ciemna noc październikowa - Roger Zelazny

Witam pana, panie Pilipiuk

Carska Manierka - Andrzej Pilipiuk

Z Andrzejem Pilipiukiem spotkałem się już w antologii „Strasznie mi się podobasz” gdzie znalazło się jego opowiadanie „Wunderwaffe”. Tekst ten bardzo mi się spodobał, a o autorze już wcześniej słyszałem dużo dobrego (nagroda Zajdla za rok 2002 robi swoje). Gdy więc na empikowskiej półce dojrzałem „Carską manierkę", sięgnąłem po nią mając nadzieję na przyjemną lekturę.

 

Pierwsze opowiadanie zatytułowane „Manierka” opowiada o młodym licealiście Robercie Stormie, który zgoła różni się od swych rówieśników. Pasjonuje go archeologia, a na wakacjach, zamiast opalać się w Chorwacji czy innej Grecji, szuka złota w rzece, gdzieś na deszczowym Śląsku. Właśnie podczas tej wyprawy od jednego ze swych krewnych Robert otrzymuje tytułową manierkę, która skrywa wskazówki co do położenia skarbu zostawionego w Polsce przez carskich żołnierzy.

 

Pierwsze pięć opowiadań („Manierka”, „Czarne parasole”, „Na dnie mogiły”, „Album” i „Miód umarłych”) traktuje o kolejnych przygodach Roberta Storma, dlatego ocenię je zbiorowo.

 

Zacznijmy od postaci Roberta. Archeolog-amator, który w swoim mieszkaniu na warszawskiej Woli kolekcjonuje najróżniejsze przedmioty przez niego uznawane za cenne zabytki, a przez większość znajomych za bezużyteczne graty. Co jakiś czas otrzymuje zlecenie znalezienia jakiejś rodzinnej pamiątki albo innego rodzaju starocia i z tego się utrzymuje. Warto wspomnieć o jego stosunkach z Martą. Marta to dziewczyna, którą Storm chyba stara się poderwać. Trudno jednoznacznie określić ich stosunki, gdyż w książce nie jest przedstawiona ani jedna scena z udziałem tej damy. W sumie to trochę dobrze. Nie wiem, jak Pilipiuk radzi sobie z opisami scen typowo romansowych, ale mimo wszystko trochę się boję tego zabiegu w jego wykonaniu i póki co wolę nie wiedzieć jak to wygląda. W każdym bądź razie wydaje się czytelnikowi, że Robert stara się z Martą być, ale ta co jakiś czas go odrzuca, po czym znowu daje facetowi szansę. Nie dziwię się jej. Storm to totalny buc jeśli chodzi o kontakty międzyludzkie. Za komplement uważa powiedzenie dziewczynie, że ma oczy wielkie jak jałówka. Robert wydaje się być całkiem pochłonięty w czasie przeszłym, który tak go fascynuję, przez co ma problemy z odnalezieniem się w teraźniejszości. Nawet wśród podobnych mu pasjonatów staroci wydaję się nie mieć żadnych znajomych. Chociaż jest wyjątek. Już do czasów liceum Robert przyjaźni się bowiem z policjantem Piotrkiem, który co jakiś czas prosi go o pomoc w sprawach dotyczących archeologii. Stosunki między nimi są wyjątkowo nietuzinkowe. Niby się lubią, a jednak mają do siebie coś w rodzaju dystansu. Bardzo fajnie napisany motyw.

 

Przy okazji omawiania relacji Roberta z innymi ludźmi nie należy zapominać o scenie, w której Piotrek próbuje nauczyć Storma prawienia komplementów, jako źródło wykorzystując książkę z gatunku romans. Sytuacja, która się wtedy zawiązała, położyła mnie na łopatki i przez długi czas nie mogłem przestać się śmiać. Śmiesznych momentów w książce było parę, ale ten jest zdecydowanie najzabawniejszy

 

Autor umiejętnie wplata we współczesną Warszawę elementy rodem z sci-fi czy fantasy opierające się głównie na zjawiskach paranormalnych. Właśnie to zgrabne wkomponowanie nadprzyrodzoności jest jedną z największych zalet książki. Przy tego typu tekstach jest ryzyko, że wątki paranormalne zostaną wciśnięte na siłę, przez co całość wyda się totalnie bez ładu i składu. U Pilipiuka tego nie ma. Należą mu się szczere brawa za tak trafne wkomponowanie wszelkich paranormaliów.

 

Fabuły są logiczne, ale i nieprzewidywalne. Wciskają czytelnika w fotel i nie pozwalają skończyć, póki nie poznamy rozwiązania. Styl Pilipuka może nie jest jakiś okropnie wybujały, ale wciągający, a to rekompensuje wszelkie straty. A i trafne uwagi na temat naszej rzeczywistości rzucane gdzieś w tle i konfrontowane z historią, która jest głównym tematem utworów robi wrażenie

 

I tak oto czytelnik przeżywa kolejne przygody z Robertem Stormem, którego zaczyna lubić i ze zniecierpliwieniem czeka na okazję do przeczytania następnego tekstu z naszym ukochanym rupieciarzem w roli głównej. I gdy tak dzień po przeczytaniu „Miodu umarłych” sięgałem znów na moją półkę, licząc, że przeżyję kolejną fascynującą przygodę z tym fajtłapowatym archeologiem, dostałem nagle mokrą szmatą w swoją pryszczatą, gimbusiarską mordę.

 

No dobra, może trochę przesadziłem, ale to co znalazłem w tekście „Śmierć pełna tajemnic” było dla mnie niemałym zaskoczeniem. Przenosimy się bowiem w czasie do pierwszej połowy XX wieku i poznajemy doktora Pawła Skórzewskiego, który kiedyś wędrował po całym świecie, a teraz osiadł w Warszawie jako lekarz. Jednak ma do wypełnienia jeszcze jedną misję. Oto bowiem w Rosji, która po rewolucji październikowej jawi się jako spory burdel, został jego siostrzeniec Aleksander. Chłopak, ze względu na dawne powiązania z środowiskami popierającymi cara, nie może opuścić ZSRR. Paweł wyrusza mu na ratunek.

 

Na początku byłem oburzony. Że co?! Najpierw pan Andrzej karmi mnie historyjkami o fantastycznym panie Stormie, ja myślę, że cały zbiór będzie mu poświęcony, a tu głównym bohaterem następnego tekstu jest jakiś podstarzały lekarz z czasów międzywojnia?! Ale potem się trochę uspokoiłem, zwłaszcza że Paweł Skórzewski nie jest aż takim złym materiałem na protagonistę. Nie ma może tej samej charyzmy co Robert Storm, ale i tak jest niezły. Moje mordercze zapędy pohamował też fakt, że zarówno archeolog-amator jak i polski lekarz wędrujący po świecie byli bohaterami wcześniejszych tekstów Pilipiuka publikowanych w innych antologiach, więc miał prawo przerwać przygody Roberta na rzecz śledzenia losów medyka.

 

Opowiadania mówiące o perypetiach Pawła (oprócz „Śmierci…” także „Tajemnica Góry Bólu”) podobnie jak te o Stormie mają nietuzinkową fabułę i wplecione elementy paranormalne. Fajnie oddają atmosferę międzywojnia, którą to epokę historyczną uwielbiam okropnie. Trzymają poziom reszty zbioru.

 

W końcu przeszliśmy do ostatniego opowiadania, czyli „Rehabilitacji Kolumba”. Autor rysuje przed nami niesamowitą wizję. Oto alternatywna wersja Ziemi, która jest… płaska. Tak, wcale nie żartuje. Na obwodzie naszej planety znajduje się wielka ściana z granitu i innych skał, a za nią tylko przestrzeń kosmiczna. Pikanterii dodaję fakt, że Kolumb nie jest w tej wersji uważany za wielkiego odkrywce, który przyczynił się do rozwoju świata, a za jednego z najgorszych zbrodniarzy historii. Jeśli ktoś nazwie cię tam Kolumbem, to znaczy, że chyba nie za bardzo za tobą przepada, gdyż nazwisko to jest uznawane za najgorsze bluźnierstwo. Kolumb kiedyś uparł się, że świat jednak jest okrągły i postanowił popłynąć na zachód. Gdy dotarł do bariery i przekonał się, że dalej nic nie ma, we frustracji rozwalił jakoś skałę oddzielającą Ziemię od kosmosu. Woda wylała się przez dziurę, poziom mórz obniżył, a klimat zmienił. Na południu dzisiejszej Polski mamy górzystą pustynię, zamiast Morza Bałtyckiego są bagna.

Fabuła w „Rehabilitacji Kolumba” nie jest jakoś specjalnie wciągająca, ale końcówka zapowiada, że tekst miał na celu jedynie przybliżenie nam świata (który, tak na marginesie, ocieka stylistyką steampunkową, co jest bardzo fajne) i już w kolejnym zbiorze pana Andrzeja możemy się spodziewać rozwinięcia tego ciekawego uniwersum i dania nam czegoś więcej, na co niecierpliwie czekam.

 

Technicznie wydawnictwo Fabryka Słów zrobiła naprawdę świetną robotę. Okładka przykuwa wzrok i natychmiast się wyróżnia. W środku mamy parę ilustracji Piotra Dismasa-Zdanowicza, które może nie są jakieś szczególnie fantastyczne, ale cieszą oko.

 

Podsumowując: moje pierwsze całoksiążkowe spotkanie z Pilipiukiem wypadło bardzo dobrze. Okazał się autorem, który piszę wciągająco i ciekawie, a także ma wiele niesamowitych konspektów. Aż chce się więcej.       

Amerykańscy bogowie - Neil Gaiman

Tym razem o klasyce fantastyki autorstwa Neila Gaimana

Czy autor znany głównie z książek dla młodzieży sprawdzi się w dojrzalszej konwencji?

Pomniejsze bóstwa - Pratchett Terry

Dzisiaj opowiem o powieści Terry'ego Pratchetta - autora, który jeszcze za życia zapisał się złotymi zgłoskami w historii literatury. Jak słynny Brytyjczyk poradził sobie z tematem bogów i religii?

Marcin Mortka, Andrzej Pilipiuk czy Magdalena Kozak. Ci oraz paru innych pisarzy tworzą antologię "Strasznie mi się podobasz" od wyd. Fabryka Słów. Czy zbiór rzeczywiście strasznie mi się spodobał?

Bylejakość w morzu pereł

Wielka księga opowieści o czarodziejach. Tom II - Mike Resnick, Ursula K. Le Guin, Tim Lebbon, Esther M. Friesner, Darrell Schweitzer, Louise Cooper, Ralph Adams Cram, Arthur Christopher Benson, Lawrence Schimel, David Sandner, James Bibby, Peter Crowther

Jak zapewne pamiętacie recenzja pierwszego tomu "Wielkiej Księgi Opowieści o Czarodziejach" w opracowaniu Mike'a Ashleya nosiła tytuł "Perły w morzu bylejakości". Jak łatwo wywnioskować z tytułu recenzji drugiej części - role się odwracają. Tym razem mamy morze pereł, z kolei bylejakość to pojedyncze wysepki.

 

Ale zacznijmy od początku. Zbiór otwiera "Życie czarownika" Darrella Schweitzera. Muszę przyznać, że to otwarcie jest akurat średnie. Autor opowiada historię młodego Sekenre, który jest synem czarodzieja i pewnego dnia musi wyruszyć w poszukiwaniu porwanej przez żądnego władzy ojca siostry. Należy pochwalić autora głównie za świat, który jest dobrze przemyślany zwłaszcza pod względem religii i wierzeń. Mamy więc największego boga Surat-Kemada, który patronuje rzece. Rzeka odgrywa bardzo ważną role w życiu każdego człowieka i jest symbolem drogi życia. Schweitzer ma też bardzo fajny styl pisarski, któremu naprawdę trudno cokolwiek zarzucić. Jednak czasami zdaje się gubić we własnej opowieści. Nie dzieje się to nagminnie, ale dostrzegłem parę momentów, w których wykonywał jakieś niezrozumiałe zabiegi fabularne, co niby popychają akcję do przodu, ale robią to w sposób dość toporny. Ogólnie jest to opowiadanie dobre, ale niekiedy trochę przekombinowane.

 

Kolejny jest utwór dziewiętnastowiecznego pisarza Ralpha Adamsa Crama pt. "Rue M. le Prince, nr 252." Tytuł to w rzeczywistości adres pewnego domostwa w Paryżu, które niegdyś należało do kobiety parającej się ponoć magią, a jednocześnie ciotki pewnego mężczyzny, któremu ta po śmierci dom przepisała. Głównym bohaterem jest tutaj przyjaciel dziedzica, który wraz z nim oraz dwoma innymi śmiałkami postanawia spędzić noc w nawiedzonym ponoć budynku. Fabuła nie jest skomplikowana, a samo opowiadanie łba nie urywa, mimo to polecam je ze względu na, może nie fantastyczną, ale jednak nadającą odpowiedniego klimatu narracje, którą Cram prowadzi świetnie.

 

Ursula K. le Guin to bardzo poważana autorka, a jej cykl "Ziemiomorze" jest uważany za klasykę. Mimo to zamieszczone w tej antologii "Kości ziemi" były moim pierwszym kontaktem z tą pisarką. I muszę przyznać, że całkiem udanym. Mamy tu historię czarodzieja Dulse, który z pomocą swego ucznia musi powstrzymać trzęsienie ziemi. To, co główny bohater w ostateczności musi zrobić, jest po prostu powalające i zrobiło na mnie naprawdę sporę wrażenie. Le Guin ma bardzo fajny styl - potrafi z taką samą powagą i fascynacją pisać o zmianie podłogi w domu Dulse, jak i o skomplikowanych czarach i pradawnej magii. I właśnie to jest w "Kościach ziemi" najlepsze: styl, który wydaje się równie przejrzysty co wzniosły i refleksyjny.

 

"Zamknięte okno" A.C. Bensona to historią wieży, u której stóp mieszka dwóch szlachciców, a na której szczycie znajduje się tajemnicze, zabite dechami okno, kryjące mroczną tajemnicę. Jest to kolejne po "Rue M. le Prince, nr 252" opowiadanie z końca dziewiętnastego wieku i napisane nieznacznie gorzej. Nie mamy tu już do czynienia z tą horrorową narracją, chociaż treść utworu wskazywałaby wyraźnie na jej obecność. Mimo to tekst jest poprawny, aczkolwiek w żaden sposób wyjątkowy.

 

"Obdarcie z iluzji" to jedna z największych pereł w antologii. Autorzy - Lawrence Schimel oraz Mike Resnick - odmalowują tutaj obraz świata, gdzie każdy od najmłodszych lat uczy się czarować. Wobec tego wszyscy korzystają ze sztuki iluzji i nawet najbiedniejsze dzielnice miast są wypełnione istnymi pałacami. Pewnego dnia magia przestaje działać. Opowiadanie jest krótkie, ale to co pisarze w nim robią, jest nie do opisania. Każdy fan fantastyki powinien przeczytać "Obdarcie z iluzji." Wcale nie żartuję! Jest  po prostu genialne.

 

Esther M. Friesner jest autorką jednego z najlepszych opowiadań w zbiorze, zatytułowanego "W królestwie smoków". To, co pisarka robi w tym tekście, jest po prostu niesamowite. Mamy tu historie nastoletniego chłopaka, który jedzie do Nowego Jorku, by odkryć tajemnice morderstwa swego wuja. Wuj ten, któremu było na imię Graham, to postać bardzo zagadkowa. Pewnego dnia podarował chłopcu książkę z ilustracjami oraz figurkę smoka. Przedmioty te okazują się zaczarowane i sprawiają, iż nasza rzeczywistość przenika się ze światem smoków w iście magiczny sposób. Friesner czyni przed naszymi oczami coś niezwykłego. Nie można powiedzieć, że wymalowuje w wyobraźni czytelnika obrazu. Ona go tam wyczarowuje, używając chyba najpiękniejszych zaklęć, jakich człowiek może się nauczyć. Tekst ten jest po prostu piękny.

 

"Wieczność" to tytuł kolejnego opowiadania autorstwa Tima Lebbona. Główny bohater to Nox - jeden z członków armii która na czele dwójki magów próbowała przejąć kontrolę nad wyspą Noreelą. W ostateczności wojnę przegrali, a za karę całe wojsko zostało wysłane na mroźną, położoną na dalekiej północy wyspę Dana'Man i zmuszone do egzystencji w trudnych warunkach. Nox jest pierwszym, który postanawia uciec spod rządów magów, dostać się na Noreelę i wieść tam spokoje życie. Ma sprytny plan, ale czy mu się uda? Przekonajcie się sami.

To, co Lebbon robi świetnie, to budowanie narracją atmosfery stałego osaczenie, dawanie czytelnikom poczucia, że cała inicjatywa Noxa jest tak naprawdę skazana na porażkę i że z Dana'Man nie ma ucieczki. Ten fantastyczny styl czyni z "Wieczności" osadzony w klimatach fantasy thriller. Tekst zdecydowanie należy do dobrych, a nawet bardzo dobrych i podejrzewam, że przypadnie do gustu nie tylko fanom fantastyki.

Ciekawym aspektem tego opowiadania jest strona techniczna. Mianowicie tłumacz stwierdził, iż imię "Nox" w dopełniaczu powinno się pisać "Noksa" - z "ks" zamiast "x". To jeszcze mogłem wybaczyć, ale prawdziwy szok przeżyłem przy innym imieniu - "Jaxx". Tłumacz stwierdza,  że w odmienionej formie zapisuje się je "Jaxksa"! Nie wiem jak to się ma do poprawnej polszczyzny, ale na moje oko nie wygląda zbyt dobrze.

 

Młodszą siostrę głównej bohaterki - nastolatki - męczą dziwne sny. Do tego dochodzi dziwne zachowanie babci obu dziewczynek oraz wojny miejscowych gangów, które tak naprawdę stoją po dwóch stronach magicznego konfliktu. Tak rysuje się fabuła następnego tekstu pt. "Czarodziej Popiołów i Deszczu" Davida Sandnera. Jest to opowiadanie z dosyć ciekawym pomysłem zarówno na ogólną oprawę obyczajową jak i poszczególne postacie (zwłaszcza tytułowy Czarodziej oraz Pani G zrobili na mnie wrażenie), ale niestety z dosyć kulawą, rwącą się fabuła, w której autor wydaje się gubić. Niektóre zabiegi sprawiają, że przed czytelnikiem rodzi się więcej pytań niż odpowiedzi. Mogło być lepiej, panie Sandner.

 

Fabuła "Ostatniej wiedźmy" Jamesa Bibby'ego rysuje się dość prosto. Mamy tu dziesięcioletnia dziewczynkę, która posiada dziwne moce i nie potrafi nad nimi zapanować, co zmusza jej rodzinę do ciągłych przeprowadzek. Na trop niezwykłych zjawisk w pewnym momencie trafiają dziennikarze i, oczywiście, nie można dopuścić, by cokolwiek odkryli, bo wtedy pewnie zamkną biedną dziewczynkę w cyrku i będą pokazywać jej sztuczki za pieniądze. Brzmi błaho, prawda? W rzeczywistości wcale takie nie jest! Bibby bierze bowiem tą tradycyjną konwencję, miesza w niej trochę i w ostateczności daje nam zakończenie od którego głowa czytelnika eksploduje, a niektóre z jej kawałki na skutek zakrzywienia czasoprzestrzeni spowodowanego siłą wybuchu, trafiają do czasów wielkich gadów i śmiertelnie ranią w głowę ostatnią samiczkę tyranozaura, kończąc egzystencje tego zacnego gatunku na trzeciej planecie od Słońca. Wcale nie żartuje. To co robi autor w ostatnim akapicie, jest po prostu niebywałe!

 

Kolejne opowiadanie - "Ostatnie rytuały" Louise Cooper - to tekst-pułapka. Jest on bowiem w rzeczywistości fragmentem powieści, co stanowi jego największą wadę i zaletę. 

Konkretny powód moich mąk przy tym tekście to urwany wątek Benetana Lissa. Wiemy, ze dowodzony przez niego oddział walczył z czymś wielkim i groźnym, związanym z burzą spaczenia, ale co to konkretnie było - nie jest nam dane wiedzieć. Jednocześnie gdyby nie zamieszczono tego fragmentu, to mielibyśmy mały kłopot z rozeznaniem co dzieje się potem, ale przede wszystkim nie dostalibyśmy chyba jednego z najlepszych opisów szarży rycerzy konnych, jaki kiedykolwiek czytałem. Po wypiciu specjalnego specyfiku, cała drużyna Benetana traci samoświadomość i staje się żądnymi krwi potworami zdolnymi tylko do przemocy. Cooper naprawdę świetnie opisuje, co żołnierze wtedy robią i to stanowi największą zaletę tego opowiadania.

Drugi wątek, dotyczący pogrzebu największego maga i wyznaczenia jego następcy też jest napisany dobrze, ale już nie tak jak szarża drużyny Benetana. Krótko mówiąc Ashley miał zapewne duży problem z opublikowaniem tego tekstu. Gdyby umieścił tam tylko wątek pogrzebu nie otrzymalibyśmy opisu ataku dzielnych żołnierzy, a gdyby był tam tylko fragment dotyczący Benetana, opowiadanie wydawałoby się niedokończone. W ostateczności redaktor zdecydował się na oba wątki i zdecydowanie wyszło to tekstowi na dobre.

 

Finałowym tekstem jest "Niekończąca się waśń" Petera Crowthera. Mamy tu historię faceta, któremu psuje się samochód na prerii i w związku z tym trafia do małego miasteczka Madrigal. Jak się okazuje nie jest to zwykła miejscowość. Po niedługim czasie pojawia się pociąg niszczący wszystko na swojej drodze, do którego główny bohater wskakuje, a tam poznaje niesamowitego maszynistę, który utrzymuje równowagę we Wszechświecie. W jaki sposób? Tego wam nie zdradzę.

Tekst Crowthera wydawał mi się na początku przekombinowany, ale potem wszystko stało się jakby jaśniejsze i po lekturze mogłem stwierdzić, że jest to jedno z lepszych opowiadań antologii. Nie dajcie się zwieść pierwszemu wrażeniu. "Niekończąca się waśń" jest naprawdę cudownym, bardzo metaforycznym opowiadaniem.

Jedynie co mnie gryzie to kwestia Madrigal oraz staruszka, który odbudowuje miasteczko po każdym przejeździe pociągu. Nie wie, czego ten koleś jest symbolem i nie potrafię tego problemu rozgryźć. No cóż, trudno.

 

Od strony technicznej wydanie jest ładne. Okładka lepsza od poprzedniego tomu. Na początku każdego tekstu dodające klimatu ilustracje Daniela Grzeszkiewicza oraz krótkie notki Ashleya przybliżające nam danego autora. Szkoda tylko że wstęp do antologii jest jeden, a umieścili go zarówno w pierwszym jak i drugim tomie.

 

Podsumowując: weźmy teksty które można nazwać "perłami":

"Kości ziemi"

"Obdarcie z iluzji"

"W królestwie smoków"

"Wieczność"

"Ostatnia wiedźma"

"Ostatnie rytuały"

"Niekończąca się waśń" 

 W sumie siedem. Wszystkich tekstów jest jedenaście. Suma sumarum: "Wielka Księga Opowieści o Czarodziejach. Tom 2" to zdecydowanie parę opowiadań byle jakich i większość perełek. Bylejakość w morzu pereł. 

   

 

Teraz czytam

Silmarillion
J.R.R. Tolkien
Dzielnica Obiecana
Paweł Majka
Fiolet
Magdalena Kozak