Witam pana, panie Pilipiuk

Carska Manierka - Andrzej Pilipiuk

Z Andrzejem Pilipiukiem spotkałem się już w antologii „Strasznie mi się podobasz” gdzie znalazło się jego opowiadanie „Wunderwaffe”. Tekst ten bardzo mi się spodobał, a o autorze już wcześniej słyszałem dużo dobrego (nagroda Zajdla za rok 2002 robi swoje). Gdy więc na empikowskiej półce dojrzałem „Carską manierkę", sięgnąłem po nią mając nadzieję na przyjemną lekturę.

 

Pierwsze opowiadanie zatytułowane „Manierka” opowiada o młodym licealiście Robercie Stormie, który zgoła różni się od swych rówieśników. Pasjonuje go archeologia, a na wakacjach, zamiast opalać się w Chorwacji czy innej Grecji, szuka złota w rzece, gdzieś na deszczowym Śląsku. Właśnie podczas tej wyprawy od jednego ze swych krewnych Robert otrzymuje tytułową manierkę, która skrywa wskazówki co do położenia skarbu zostawionego w Polsce przez carskich żołnierzy.

 

Pierwsze pięć opowiadań („Manierka”, „Czarne parasole”, „Na dnie mogiły”, „Album” i „Miód umarłych”) traktuje o kolejnych przygodach Roberta Storma, dlatego ocenię je zbiorowo.

 

Zacznijmy od postaci Roberta. Archeolog-amator, który w swoim mieszkaniu na warszawskiej Woli kolekcjonuje najróżniejsze przedmioty przez niego uznawane za cenne zabytki, a przez większość znajomych za bezużyteczne graty. Co jakiś czas otrzymuje zlecenie znalezienia jakiejś rodzinnej pamiątki albo innego rodzaju starocia i z tego się utrzymuje. Warto wspomnieć o jego stosunkach z Martą. Marta to dziewczyna, którą Storm chyba stara się poderwać. Trudno jednoznacznie określić ich stosunki, gdyż w książce nie jest przedstawiona ani jedna scena z udziałem tej damy. W sumie to trochę dobrze. Nie wiem, jak Pilipiuk radzi sobie z opisami scen typowo romansowych, ale mimo wszystko trochę się boję tego zabiegu w jego wykonaniu i póki co wolę nie wiedzieć jak to wygląda. W każdym bądź razie wydaje się czytelnikowi, że Robert stara się z Martą być, ale ta co jakiś czas go odrzuca, po czym znowu daje facetowi szansę. Nie dziwię się jej. Storm to totalny buc jeśli chodzi o kontakty międzyludzkie. Za komplement uważa powiedzenie dziewczynie, że ma oczy wielkie jak jałówka. Robert wydaje się być całkiem pochłonięty w czasie przeszłym, który tak go fascynuję, przez co ma problemy z odnalezieniem się w teraźniejszości. Nawet wśród podobnych mu pasjonatów staroci wydaję się nie mieć żadnych znajomych. Chociaż jest wyjątek. Już do czasów liceum Robert przyjaźni się bowiem z policjantem Piotrkiem, który co jakiś czas prosi go o pomoc w sprawach dotyczących archeologii. Stosunki między nimi są wyjątkowo nietuzinkowe. Niby się lubią, a jednak mają do siebie coś w rodzaju dystansu. Bardzo fajnie napisany motyw.

 

Przy okazji omawiania relacji Roberta z innymi ludźmi nie należy zapominać o scenie, w której Piotrek próbuje nauczyć Storma prawienia komplementów, jako źródło wykorzystując książkę z gatunku romans. Sytuacja, która się wtedy zawiązała, położyła mnie na łopatki i przez długi czas nie mogłem przestać się śmiać. Śmiesznych momentów w książce było parę, ale ten jest zdecydowanie najzabawniejszy

 

Autor umiejętnie wplata we współczesną Warszawę elementy rodem z sci-fi czy fantasy opierające się głównie na zjawiskach paranormalnych. Właśnie to zgrabne wkomponowanie nadprzyrodzoności jest jedną z największych zalet książki. Przy tego typu tekstach jest ryzyko, że wątki paranormalne zostaną wciśnięte na siłę, przez co całość wyda się totalnie bez ładu i składu. U Pilipiuka tego nie ma. Należą mu się szczere brawa za tak trafne wkomponowanie wszelkich paranormaliów.

 

Fabuły są logiczne, ale i nieprzewidywalne. Wciskają czytelnika w fotel i nie pozwalają skończyć, póki nie poznamy rozwiązania. Styl Pilipuka może nie jest jakiś okropnie wybujały, ale wciągający, a to rekompensuje wszelkie straty. A i trafne uwagi na temat naszej rzeczywistości rzucane gdzieś w tle i konfrontowane z historią, która jest głównym tematem utworów robi wrażenie

 

I tak oto czytelnik przeżywa kolejne przygody z Robertem Stormem, którego zaczyna lubić i ze zniecierpliwieniem czeka na okazję do przeczytania następnego tekstu z naszym ukochanym rupieciarzem w roli głównej. I gdy tak dzień po przeczytaniu „Miodu umarłych” sięgałem znów na moją półkę, licząc, że przeżyję kolejną fascynującą przygodę z tym fajtłapowatym archeologiem, dostałem nagle mokrą szmatą w swoją pryszczatą, gimbusiarską mordę.

 

No dobra, może trochę przesadziłem, ale to co znalazłem w tekście „Śmierć pełna tajemnic” było dla mnie niemałym zaskoczeniem. Przenosimy się bowiem w czasie do pierwszej połowy XX wieku i poznajemy doktora Pawła Skórzewskiego, który kiedyś wędrował po całym świecie, a teraz osiadł w Warszawie jako lekarz. Jednak ma do wypełnienia jeszcze jedną misję. Oto bowiem w Rosji, która po rewolucji październikowej jawi się jako spory burdel, został jego siostrzeniec Aleksander. Chłopak, ze względu na dawne powiązania z środowiskami popierającymi cara, nie może opuścić ZSRR. Paweł wyrusza mu na ratunek.

 

Na początku byłem oburzony. Że co?! Najpierw pan Andrzej karmi mnie historyjkami o fantastycznym panie Stormie, ja myślę, że cały zbiór będzie mu poświęcony, a tu głównym bohaterem następnego tekstu jest jakiś podstarzały lekarz z czasów międzywojnia?! Ale potem się trochę uspokoiłem, zwłaszcza że Paweł Skórzewski nie jest aż takim złym materiałem na protagonistę. Nie ma może tej samej charyzmy co Robert Storm, ale i tak jest niezły. Moje mordercze zapędy pohamował też fakt, że zarówno archeolog-amator jak i polski lekarz wędrujący po świecie byli bohaterami wcześniejszych tekstów Pilipiuka publikowanych w innych antologiach, więc miał prawo przerwać przygody Roberta na rzecz śledzenia losów medyka.

 

Opowiadania mówiące o perypetiach Pawła (oprócz „Śmierci…” także „Tajemnica Góry Bólu”) podobnie jak te o Stormie mają nietuzinkową fabułę i wplecione elementy paranormalne. Fajnie oddają atmosferę międzywojnia, którą to epokę historyczną uwielbiam okropnie. Trzymają poziom reszty zbioru.

 

W końcu przeszliśmy do ostatniego opowiadania, czyli „Rehabilitacji Kolumba”. Autor rysuje przed nami niesamowitą wizję. Oto alternatywna wersja Ziemi, która jest… płaska. Tak, wcale nie żartuje. Na obwodzie naszej planety znajduje się wielka ściana z granitu i innych skał, a za nią tylko przestrzeń kosmiczna. Pikanterii dodaję fakt, że Kolumb nie jest w tej wersji uważany za wielkiego odkrywce, który przyczynił się do rozwoju świata, a za jednego z najgorszych zbrodniarzy historii. Jeśli ktoś nazwie cię tam Kolumbem, to znaczy, że chyba nie za bardzo za tobą przepada, gdyż nazwisko to jest uznawane za najgorsze bluźnierstwo. Kolumb kiedyś uparł się, że świat jednak jest okrągły i postanowił popłynąć na zachód. Gdy dotarł do bariery i przekonał się, że dalej nic nie ma, we frustracji rozwalił jakoś skałę oddzielającą Ziemię od kosmosu. Woda wylała się przez dziurę, poziom mórz obniżył, a klimat zmienił. Na południu dzisiejszej Polski mamy górzystą pustynię, zamiast Morza Bałtyckiego są bagna.

Fabuła w „Rehabilitacji Kolumba” nie jest jakoś specjalnie wciągająca, ale końcówka zapowiada, że tekst miał na celu jedynie przybliżenie nam świata (który, tak na marginesie, ocieka stylistyką steampunkową, co jest bardzo fajne) i już w kolejnym zbiorze pana Andrzeja możemy się spodziewać rozwinięcia tego ciekawego uniwersum i dania nam czegoś więcej, na co niecierpliwie czekam.

 

Technicznie wydawnictwo Fabryka Słów zrobiła naprawdę świetną robotę. Okładka przykuwa wzrok i natychmiast się wyróżnia. W środku mamy parę ilustracji Piotra Dismasa-Zdanowicza, które może nie są jakieś szczególnie fantastyczne, ale cieszą oko.

 

Podsumowując: moje pierwsze całoksiążkowe spotkanie z Pilipiukiem wypadło bardzo dobrze. Okazał się autorem, który piszę wciągająco i ciekawie, a także ma wiele niesamowitych konspektów. Aż chce się więcej.